Tytułem wstępu.

       Ustalmy jedno: bycie myśliwym to pasja, ale bycie Dianą to już niemal boskie powołanie. Wszystko zaczęło się od rzymskiej bogini Diany, która zamiast siedzieć na Olimpie i pić nektar, wolała biegać po kniejach z łukiem i półksiężycem we włosach. Legenda głosi, że była tak skuteczna, że nawet Akteon, gdy raz podejrzał ją w kąpieli, skończył jako… jeleń (i to bez szans na medalowy wieniec).

Dziś nasze współczesne Diany, choć łuki zamieniły na niezawodne sztucery, zachowały ten sam błysk w oku i – co tu dużo mówić – znacznie lepsze wyczucie stylu niż ich koledzy po fuzji. Zapraszam na relację z polowania, gdzie tradycja spotyka się z kobiecą intuicją, a las brzmi nieco inaczej niż zwykle

Odprawa.

      Kiedy już ustaliliśmy, że każda z przybyłych Dian ma w sobie geny rzymskiej bogini (choć niektóre z nich rano potrzebują do ich aktywacji sporej dawki kawy), nadszedł czas na punkt kulminacyjny poranka: odprawę.
 
Jeśli wydaje Wam się, że odprawa na polowaniu Dian wygląda jak narada w sztabie generalnym, to… macie rację, tyle że z dodatkiem znacznie lepszych perfum. Łowczy, Prezes oraz prowadzący (często z lekko drżącym głosem, bo zapanowanie nad grupą uzbrojonych bogiń to wyzwanie większe niż upolowanie odrzutowego dzika) próbują przebić się przez szum rozmów o wszystkim – od kalibru amunicji, przez właściwości termoaktywne nowych spodni, aż po przepis na nalewkę z pigwy.
Zasady są proste, ale kluczowe:
  1. Bezpieczeństwo przede wszystkim: Bogini Diana nie tolerowała fuszerki i my też nie zamierzamy. 
  2. Podstawowe zasady na stanowisku i poza nim. Gdy rozpoczyna się miot, oznacza to, że czas na skupienie, a nie na sprawdzanie, czy makijaż przetrwał siarczysty mróz (choć wiemy, że przetrwał – w końcu jesteście profesjonalistkami).
  3. Królowa Polowania: Tytuł ten jest w zasięgu ręki każdej, ale pamiętajmy: prawdziwa Diana pudłuje z taką gracją, że zwierzyna czuje się zaszczycona samym świstem kuli.
W końcu padają sakralne słowa: „Darz Bór!”,  przejeżdżamy w knieję. Odprawa zakończona – teraz czas sprawdzić, czy Św. Hubert będzie dziś równie łaskawy, co nasza mityczna patronka.

W knieję!

       Po odprawie czas na logistykę, czyli moment, w którym las zaczyna przypominać wybieg w Mediolanie, tyle że w wersji RealTree i z dodatkiem śniegu. Zajmowanie stanowisk przez Diany to operacja przeprowadzana z gracją godną baletnic, choć w ciężkich butach i z plecakiem pełnym rzeczy 'niezbędnych’ (w tym termosu).
 
Ruszamy na stanowiska, pamiętając, że w lesie najważniejsza jest pasja, przyjaźń i to, by po powrocie do domu mieć co opowiadać – nawet jeśli jedynym trofeum będzie skradzione spojrzenie jelenia, który w porę zorientował się, że ma do czynienia z prawdziwymi boginiami łowów!
 
Gdy Diany zajmują kolejne stanowiska a echem odpowiada im radosne załadowanie broni, las wstrzymuje oddech. Panowie naganiacze z podziwem (i lekką obawą) patrzą na tę linię pewnych siebie kobiet, które za chwilę ruszą z łowami. 

Na stanowisku!

      Kiedy już każda z Dian wyląduje na swoim „numerku”, zaczyna się ten magiczny moment ciszy. No, prawie ciszy. Bo współczesna Diana na stanowisku to uosobienie wielozadaniowości. W głowie trwa szybki proces: Czy zamknęłam zamek w samochodzie? Czy ten szelest to dzik, czy tylko wiewiórka z nadwagą? I najważniejsze – czy w tej czapce naprawdę mi do twarzy?
Ale żarty na bok, bo gdy z kniei dobiega pierwsze wołanie naganki, w Dianach budzi się instynkt, przy którym rzymska patronka mogłaby się tylko uczyć. Nagle znika temat przepisów na szarlotkę, a pojawia się skupienie, które mogłoby przeciąć diament.

Spotkanie z grubym zwierzem.

      Kiedy na linię wyparuje dzik, sytuacja staje się dynamiczna. Diana nie strzela „na vivat”. Diana prowadzi precyzyjny dialog z naturą. Jeśli padnie strzał – to zazwyczaj taki, po którym król lasu decyduje się na drzemkę na miejscu. Jeśli jednak pudło… cóż, wtedy stosujemy starą mityczną zasadę: „To nie był błąd celowniczy, to akt łaski bogini Diany, która darowała życie temu pięknemu osobnikowi, by mógł dorosnąć do rozmiarów rekordu świata”.

I spróbujcie z tym polemizować

Atmosfera w miocie.

       Najpiękniejsze w polowaniu Dian jest to, że nawet jeśli knieja milczy, to one nigdy (oczywiście po zejściu z linii!). Przerwa między pędzeniami to festiwal wymiany doświadczeń:
— ’Widziałaś go?’
— ’Widziałam! Miał takie oczy, że nie miałam serca go strzelać… No i stał pod słońce, a to źle wpływa na cerę’.
Wspólne polowanie kobiet ma w sobie tę niesamowitą energię, gdzie rywalizacja o tytuł Królowej schodzi na dalszy plan, a najważniejsze staje się to, że znów udało nam się 'oszukać system’ i spędzić dzień w lesie, zamiast przed komputerem. Bo umówmy się – żadne SPA nie daje takiego peelingu twarzy jak mroźny wiatr w miocie i żadna kawa nie smakuje tak, jak ta z termosu wypita na pniaku w towarzystwie innych bogiń łowów.

Coś dla ciała, coś dla duszy.

       Nawet najdzielniejsze boginie łowów muszą czasem złożyć łuki… i chwycić za łyżki! Krótki przystanek w Gawrze to nasz punkt obowiązkowy – w końcu akumulatory Dian nie działają wyłącznie na adrenalinę i leśne powietrze. Ogrzewamy nosy, uzupełniamy kalorie i w radosnym gwarze szykujemy się do dalszych wyzwań. Kto powiedział, że polowanie to tylko knieja? To także najlepsza zupa pod słońcem w najlepszym towarzystwie!

Pokot i pożegnanie z lasem.

      Niestety, wszystko co dobre, ma swój koniec – nawet jeśli jesteś boginią z rodowodem na Olimpie. Słońce zaczęło chować się za horyzontem, co dla lasu oznaczało spokój, a dla nas sygnał, że czas otrzepać spodnie ze śniegu, igliwia i pożegnać się z knieją. Ale spokojnie, Diany nie znikają po prostu w mgle!

Uroczysty pokot był chwilą powagi, gdzie w blasku ognia i przy dźwiękach sygnałówek Diany oddały hołd naturze. Choć las stał się uboższy o kilka sztuk zwierzyny, nasze serca stały się bogatsze o opowieści, których nie powstydziłby się sam Homer. Zanim jednak emocje opadły, przeniosłyśmy się do części, którą Diany lubią niemal tak samo jak samą knieję – do biesiady!

Św. Hubert tego dnia Darzył:

Królową Polowania Dian

została- Kol. Elżbieta Kaszeta,

Vice Królem Polowania Dian

został- Kol. Wojciech Zaniewski.

 

Oczywiście serdecznie gratulujemy!

Uczta godna bogiń (i ich pomocników).

       Jeśli myśleliście, że po wyjściu z lasu emocje opadną, to znaczy, że nie znaliście planów kolegi Michała Szatanka i jego niezastąpionej ekipy. Panowie, to co przygotowaliście na biesiadę, przejdzie do jednej z legend naszego Koła!
Gwoździem programu był pieczony dzik, który wyglądał i smakował tak, że na Dianach zrobił po prostu piorunujące wrażenie (niektóre z Nich do teraz zastanawiają się, czy to była biesiada, czy królewska uczta na dworze Jagiellonów). Jak doniosły nam leśne sikorki – a wiemy, że to najbardziej wiarygodne źródło informacji w kniei – wszystkie Diany czuły się pod każdym względem dopieszczone.
Michale, dziękujemy Twojej ekipie za ten kulinarny majstersztyk i za to, że zadbaliście o podniebienia naszych Dian z taką samą pasją, z jaką One pilnowałyśmy linii. Po takiej uczcie każda z Nich nabrała sił, by od rana znów móc przenosić góry… albo przynajmniej ruszyć na kolejne pędzenie!
 
Podczas uroczystej kolacji, gdy zapach pieczystego skutecznie wyparł aromat lasu, nadszedł czas na oficjalne (choć wciąż radosne) podziękowania. Bo umówmy się – za sukcesem każdej Diany stoi sztab ludzi, którzy pilnowali, aby nie pogubiły się w gęstwinie.
  • Łowczemu Okręgowemu podziękowałyśmy za to, że czuwał nad nami swoim ojcowskim okiem i sprawił, że poczułyśmy się jak najważniejsza reprezentacja okręgu.
  • Zarządowi Koła Łowieckiego „Rogacz” należą się pokłony za organizację tak precyzyjną, że nawet dziki wydawały się wiedzieć, o której godzinie mają wyjść na linię (choć niektóre najwyraźniej zaspały).
  • Specjalne „Hau! Hau!” i ogromne podziękowania powędrowały do podkładacza Dawida Żywicy i jego dzielnych psów. Czworonogi wykonały tytaniczną pracę, udowadniając, że merdający ogon to najlepszy kompas w lesie.

Tradycja, która dopiero się rozkręca.

       Gdy ostatnie toasty (oczywiście herbatą!) zostały wzniesione, w powietrzu zawisło jedno wspólne życzenie: oby to spotkanie nie było tylko jednorazowym epizodem.
Mamy wielką nadzieję, że wspólne polowania Dian w kole „Rogacz” wpiszą się do kalendarza grubym czerwonym flamastrem i staną się tradycją silniejszą niż rzymskie mity.
Bo choć wracamy do domów, do codziennych obowiązków i „cywilnych” ubrań, to w szafie każdej z nas czeka mundur, a w sercu tli się ogień, którego nie ugasi żaden deszcz. Do zobaczenia za rok, na kolejnym spotkaniu z przygodą, humorem i… najlepszą ekipą pod słońcem!
Darz Bór, kochane Diany!

Od autora.

       Na koniec tych treści– słowo do nas samych, do naszych wspaniałych Dian.
Dziewczyny, dziękujemy Wam za tę niezwykłą odwagę i chęć, by wyjść przed szereg i z takim wdziękiem propagować to, co w naszej tradycji najcenniejsze. Myślistwo to bezapelacyjnie fundament prawdziwie polskich wartości – to szacunek do natury, dbałość o ojczystą knieję i pielęgnowanie obyczajów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wy robicie to w sposób wyjątkowy, udowadniając, że polska łowiecka tradycja ma nie tylko silne męskie ramię, ale i wrażliwe, kobiece serce.
Dziękujemy, że tworzycie tę historię razem z nami. Wasza pasja jest dowodem na to, że prawdziwe wartości nigdy nie wychodzą z mody, a w zielonym mundurze każdej z Was drzemie siła, która inspiruje innych.
Niech to polowanie zostanie w nas na długo, a echo naszego „Darz Bór” niesie się po kniei aż do następnego razu. 
Bądźcie z siebie dumne, bo my jesteśmy z Was ogromnie!
 

Krok wstecz.

      Warto w tym miejscu zrobić mały krok wstecz i przypomnieć, jak to się właściwie stało, że nasze łowiska opanowały boginie. Otóż winowajczyni jest jedna i ma na imię Justyna. Koleżanka Justyna Turkowska- Cedrowska.  To właśnie nasza koleżanka, natchniona doświadczeniami z polowania organizowanego przez Okręg Suwalski, postanowiła przenieść ten wspaniały ogień na nasz grunt. Justyno, dziękujemy Ci za ten impuls i determinację! Twoja opowieść o suwalskich łowach stała się ziarnem, z którego wyrosło nasze dzisiejsze, historyczne spotkanie. Bez Twojej inicjatywy pewnie wciąż tylko słuchalibyśmy o tak wyjątkowych wydarzeniach!

Cisi bohaterowie tych wydarzeń.

      Kiedy emocje już nieco opadły, a my z uśmiechem na twarzy przeglądamy wspomnienia, musimy wspomnieć o tych, którzy sprawili, że te magiczne chwile nie ulecą z pamięcią jak dym z ogniska.
 
Nie możemy zapomnieć o cichych bohaterach tego dnia – naszych Koleżankach i Kolegach z Koła, którzy wzięli na swoje barki ciężar organizacji. Panie i Panowie, czapki z głów! Dziękujemy za każdą godzinę poświęconą na przygotowania, za dopięcie wszystkiego na ostatni guzik i za to, że robiliście to z uśmiechem (nawet jeśli logistyka polowania na taką skalę wymagała od Was cierpliwości godnej mnichów tybetańskich).
To dzięki Waszemu zaangażowaniu nasze Koło zaprezentowało się po prostu pierwszorzędnie, a same Diany mogły czuć się bezpiecznie i komfortowo, skupiając się wyłącznie na celebrowaniu łowieckiej pasji. Pokazaliście, że na myśliwych z „Rogacza” zawsze można liczyć, a organizacja polowania pod Waszym dowództwem to poziom, którego nie powstydziłby się żaden łowiecki ceremoniał!
 
Podziękowania trafiają do Koleżanek i Kolegów:
Andrzej Citkowski, Eugeniusz Samiła, Piotr Mikosza, Mariusza Ostapkowicz, Tomasz Fit- stażysta, Tomasz Gocaliński- stażysta, Karol Gołębiewski, Dawid Żywica, Mieczysław Stackiewicz, Marcin Stackiewicz, Mateusz Stasiak, Kuba Byrwa, Krystian Kudraj, Janusz Kowalczyk, Paweł Piekarz, Jarosław Dąbrowski, Jarosław Gajda, Jan Marko, Marek Oczkoś, Grzegorz Turkowski, Rafał Zabawski, Paweł Stonio, Adam Kotliński.
Jeżeli kogoś pominąłem, z góry serdecznie dziękuję za wyrozumiałość 🙂
 
Wielkie brawa i  podziękowania należą się także:
Magdalenie Brykalskiej (która pomimo braku możliwości uczestniczenia w wydarzeniu, wspierała nas na bieżąco fotorelacją otrzymywaną od Dian), Mateuszowi Stasiakowi (zdjęcia z drona) oraz Piotrowi Mikosza (również za zdjęcia na „gorąco”).
 
To dzięki ich czujnemu oku, refleksowi godnemu najlepszego snajpera i artystycznej duszy, możemy dziś podziwiać tę wyjątkową, historyczną chwilę na wspaniałych zdjęciach. Bez Waszych kadrów nikt by nam nie uwierzył, że Nasze Diany wyglądały tak profesjonalnie (nawet po przedzieraniu się przez największe krzaki!).
 
Dzięki Wam ta opowieść o Dianach w Kole „Rogacz” zyskała nieśmiertelność. A teraz, mając takie dowody w ręku, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zacząć odliczać dni do kolejnego spotkania.

 

  Darz Bór i do zobaczenia w kniei!!!             

Lalak Andrzej